Fundusze inwestycyjne należą do najpopularniejszych sposobów lokowania kapitału przez Polaków. Ponieważ sam rozważam zainwestowanie w fundusze, dlatego postanowiłem przyjrzeć się im bliżej i spróbował wyłapać te, które faktycznie mogą mi przynieść atrakcyjną stopę zwrotu. Dla mnie wynosi ona co najmniej kilkanaście procent rocznie. Dlaczego tyle? Jeśli na lokacie bankowej, gdzie mam 100% gwarancję otrzymania pieniędzy i zysku, jestem w stanie otrzymać nawet 7%, to inwestycja w fundusze, które wiążą się ze sporym ryzykiem, powinna zapewnić mi co najmniej dwa razy wyższą stopę zwrotu niż lokaty.
Roczna stopa zwrotu na poziomie kilkunastu procent to nie jedyne przyjęte przeze mnie założenie. Interesują mnie fundusze, w które można inwestować, oraz z których można wyjść, w każdym momencie, bez oglądania się na np. sytuację na giełdzie. Jest to ważne założenie, gdyż większość funduszy inwestycyjnych lokujących pieniądze w akcje jest mocno uzależnionych od koniunktury giełdowej. Gdy akcje idą w górę, to i jednostki funduszy idą w górę. Gdy na rynku panuje bessa, to ceny jednostek spadają. Te wahania powodują, że w przypadku takich funduszy moment zakupu i sprzedaży jednostek jest bardzo ważny. Najlepiej kupować je gdy zaczyna się hossa, a sprzedawać, gdy hossa się kończy. Jednak takie podejście wymaga od inwestora aktywnego obserwowania tego, co się dzieje na giełdzie. Ponadto przewidzenie, kiedy zacznie się i skończy hossa, wcale nie jest łatwe. Wielu niedoświadczonych inwestorów decyduje się powierzyć pieniądze funduszom dopiero wtedy, gdy hossa trwa już w najlepsze. W rezultacie gdy przychodzi bessa, to tracą oni sporą część pieniędzy ulokowanych w funduszach.
Ponadto postanowiłem brać pod uwagę wyłącznie fundusze, które działają od co najmniej kilku lat. Przyczyna tego jest bardzo prosta. Fundusze mamią inwestorów potencjalnymi zyskami, których prawie nigdy nie udaje im się osiągnąć. Dlatego miarą wiarygodności i zyskowności funduszy nie jest dla mnie ani ich strategia inwestycyjna, ani wynik w ciągu np. ostatniego roku. Uważam, że głównym kryterium powinny być wyniki funduszy za co najmniej kilka ostatnich lat. Najlepiej gdyby fundusz działał od początku 2008 roku lub jeszcze wcześniej. Wynika to z faktu, że w 2008 roku mieliśmy na giełdzie bardzo duże spadki akcji – Warszawski Indeks Giełdowy spadł o ok. 51%. Sprawdzenie, jak w tym roku radziły sobie fundusze, pozwoli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są one w stanie zabezpieczyć inwestora przed dużymi stratami w przypadku znacznej bessy.
Przeglądając zestawienia wyników funduszy inwestycyjnych na różnych portalach zauważyłem, że stosunkowo niewiele z nich ma historię sięgającą 2008 roku lub wcześniej. Czyżby wcześniej istniało niewiele funduszy? Oczywiście, że nie. Po prostu rok 2008 okazał się prawdziwą rzezią dla funduszy. Ciekawe jest to, że sporo funduszy zaczęło powstawać pod koniec 2008 roku. Przyczyna tego jest zapewne dosyć prosta. Głębokie spadki z tamtego roku spowodowały, że znaczna część funduszy straciła zaufanie klientów. I aby wyczyścić sobie kartoteki, pozakładały one nowe fundusze, w których nie ma śladu o niechlubnym roku 2008.
Istnieją różnego rodzaju fundusze inwestycyjne. Poniżej przedstawiam moje wnioski na temat każdego rodzaju z tych funduszy.
Fundusze akcyjne
Lokują one część swoich środków w akcje. Niestety należą one do najbardziej ryzykownych inwestycji, gdyż zyski osiągnięte w okresie hossy są zjadane w czasie bessy. Robert Kiyosaki w jednej ze swoich książek zauważył, że nawet 80% zysków generowanych przez tego typu fundusze jest zgarnianych przez firmy nimi zarządzające w postaci prowizji, a zaledwie 20% to zyski inwestorów, którzy to inwestorzy wykładają kapitał oraz ponoszą 100% ryzyka.
Powszechnie głoszona zasada mówi, aby w akcje, jak i w fundusze, inwestować długoterminowo, gdyż w dłuższym okresie akcje zawsze zyskują. W jednym z poprzednich artykułów podałem konkretne wyliczenia, które pokazują, że zyski osiągane dzięki tej strategii są niewielkie lub nie ma ich wcale (jeśli zainwestuje się w nieodpowiednim momencie). Jednak zarządzający funduszami akcyjnymi niemal jak mantrę powtarzają – inwestuj w fundusze długoterminowo i nie przejmuj się chwilowymi stratami. Kiyosaki uważa, że ta mantra ma tylko jeden cel – zarabianie na naiwności inwestorów. Każdy rok trzymania pieniędzy w funduszu, to konkretne prowizje za zarządzanie, pobierane przez fundusz. Coroczne prowizje z tego tytułu wynoszą w Polsce najczęściej między 2 a 3%. Prowizje te są pobierane niezależnie od tego, czy fundusz zarobił, czy stracił. Zarządzający i tak wezmą z naszych pieniędzy „swoją dolę”. Czy tylko ja mam wrażenie, że nie jest to zbyt uczciwe?
Gdy przejrzałem fundusze akcji, to udało mi się znaleźć tylko jeden, który spełniałby opisane przeze mnie wyżej kryteria. Jest to fundusz Idea Stabilnego Wzrostu Subfundusz. Działa on od roku 2003. W tym czasie stopa zwrotu wyniosła 103%, co daje średnią roczną stopę na poziomie nieco powyżej 12%. Ponadto jego straty w latach bessy były kilka razy niższe, niż spadki na giełdzie. Minimalna inwestycja w ten fundusz wynosi 500 zł i w najbliższym czasie planuję w niego zainwestować taką kwotę „na próbę”.
Brak innych funduszy akcji, które byłyby warte zainwestowania w nie, świadczy nie najlepiej o jakości tego typu funduszy.
Fundusze obligacji
Plusem tego typu funduszy jest to, że trudno na nich stracić, gdyż obligacje należą do bezpieczniejszych instrumentów finansowych. Problemem jest jednak ich zyskowność. O ile są one w stanie w ciągu jednego roku osiągnąć zysk na poziomie kilkunastu procent, to trudno im powtarzać taki wynik co roku. W końcu jednak udało mi się znaleźć ciekawy fundusz obligacji – HSBC GIF Global Emerging Markets Bond (PLN) działający na rynku od 2007 roku. Gdy w 2008 na giełdzie panowała bessa, on był w stanie przynieść swoim klientom ponad 6% zysku. Kolejne 3 lata to roczne zyski od kilkunastu do dwudziestu kilku procent. Pierwszy kwartał 2012 roku fundusz zakończył na minusie, jednak obecnie idzie w górę. Od początku istnienia średnia stopa zwrotu tego funduszu wyniosła rocznie ok. 13%. To co zniechęca mnie na razie do inwestycji w ten fundusz, to dosyć wysoka, jak na polskie warunki, minimalna kwota inwestycji, która wynosi 1 tys. dolarów.
Fundusze pieniężne
Ich główną wadą jest niska rentowność. Żaden z nich nie jest w stanie osiągnąć rocznej stopy zwrotu na poziomie wyższym niż najlepsze lokaty bankowe. Dlatego dla mnie nie ma sensu w nie inwestować.
Fundusze nieruchomości
Tego typu fundusze inwestują w nieruchomości. Ich zaletą jest niezależność od sytuacji na giełdzie. Nie udało mi się jednak znaleźć takiego, który byłby w stanie generować średni roczny zysk powyżej 10%.
Inne fundusze
Wśród nietypowych funduszy udało mi się znaleźć jeden, który spełnia moje kryteria. Jest to fundusz Investor Private Equity FIZ. Fundusz ten ruszył w pierwszej połowie 2008 roku i od razu zaczął generować zyski, wbrew kiepskiej sytuacji na giełdzie. Rok 2009 przyniósł stabilizację jego wartości, za to rok 2010 przyniósł duże zyski. Pierwsza połowa 2011 również przyniosła zyski. Druga połowa roku była już minusowa, jednak straty nie były duże, wyniosły ok. 8%. Pierwszy kwartał 2012 roku pozwolił funduszowi odrobić prawie całe tamte straty.
Stopa zwrotu od początku istnienia funduszu wynosi ok. 55%, co daje średnią roczną stopę na poziomie ok. 14%. Jak więc widać, fundusz ten spełnił wszystkie moje założenia: stopa zwrotu kilkanaście procent rocznie; działa on od ładnych paru lat oraz broni się przed dużymi stratami w okresie bessy. Sukces zawdzięcza on temu, że inwestuje w spółki niepubliczne, czyli nienotowane na giełdzie. Dzięki temu jego wyniki nie są bezpośrednio skorelowane z sytuacją na giełdzie. Dlatego jest on w stanie generować zyski, gdy na giełdzie panują spadki.
Niestety istnieje pewne ryzyko, że w przyszłości wycena tego funduszu może być w dużym stopniu skorelowana z giełdą. Wynika to z faktu, że część spółek, w które fundusz zainwestował, ma w planach wejść na giełdę. Jedna firma już to zrobiła – porównywarka cenowa Nokaut. Jeśli kolejne spółki z portfela tego funduszu wejdą na giełdę, to zmiana ich cen może mieć duży wpływ na zmianę wartości funduszu i stanie się on zbyt uzależniony od koniunktury giełdowej.
Opisane wyżej ryzyko powoduje, że na razie postanowiłem przez kilka najbliższych miesięcy obserwować ten fundusz bez inwestowanie w niego. Zobaczę, jak wejście spółki Nokaut na giełdę wpłynie na wycenę samego funduszu.
Podsumowując wątek funduszy inwestycyjnych mogę stwierdzić, że liczba funduszy wartych uwagi jest znikoma i jeśli chcemy rzeczywiście osiągać satysfakcjonujące zyski z tego typu inwestycji, to musimy bardzo uważnie przejrzeć wszystkie fundusze, aby wśród nich znaleźć te nieliczne rodzynki.
Dzisiaj chciałbym napisać o kolejnym portalu, poprzez który zdecydowałem się inwestować w pożyczki społecznościowe. Jest to już czwarty portal tego typu i nazywa się Zakra. Ze wszystkich opisanych dotychczas portali jest on najbardziej podobny do Kokosa. Tak jak w Kokosie, w Zakrze ludzie pożyczają na dłuższe terminy, od kilku miesięcy do kilku lat. Z reguły kwota jednej pożyczki wynosi kilka tysięcy złotych i składają się na nią różni inwestorzy. Zakra ma nad Kokosem dwie przewagi.
Pierwszą z nich jest możliwość otrzymania przez inwestora dodatkowego bonusu w wysokości maksymalnie 10% wartości pożyczki. Dzięki temu pożyczkodawca może w ciągu roku zarobić do 24% odsetek od pożyczki oraz do 10% bonusu. Drugą zaletą Zakry jest to, że portal ten bierze na siebie koszty związane z sądowym postępowaniem windykacyjnym. Dodatkowo prowizje za windykacje przez firmę windykacyjną są pobierane od wartości odzyskanej kwoty. Oznacza to, że inwestor, któremu dłużnik zwleka z oddaniem pieniędzy, nie jest zmuszony sam ponosić z góry kosztów windykacji. Co ciekawe, do windykacji na Zakrze inwestorzy mogą też zgłaszać niespłacone pożyczki z innych portali pożyczkowych. Tu muszę jednak zaznaczyć, że warunkiem pokrywania przez Zakra kosztów windykacji jest to, że pożyczkobiorca ma stałą pracę. Z tego powodu ja na Zakrze planuję inwestować tylko w pożyczkodawców, którzy zweryfikowali swoje zatrudnienie.
Pewną niedogodnością Zakry jest to, że nie obsługuje ona szybkich płatności. Jeśli chcemy zainwestować w jakąś pożyczkę, to musimy ręcznie dokonać przelewu z naszego konta bankowego, wypełniając ręcznie dane do przelewu. W Kokosie można było skorzystać z szybkich przelewów, takich jak np. mTransfer.
Na koniec jeszcze słowo o weryfikacji konta na Zakrze. Inwestor musi tylko zweryfikować swoje konto bankowe i kosztuje go to 1 zł.
Co byście powiedzieli na strategię inwestowania na giełdzie, która pozwala zarabiać na akcjach w każdym roku, nawet gdy na giełdzie panuje bessa? Aby ją zastosować w praktyce wcale nie trzeba znać się na giełdzie. Nie wymaga ona też dużej ilości czasu. Taką strategię przedstawię w tym artykule. Jednak najpierw chciałbym opisać kilka popularnych strategii, które stosują inwestorzy giełdowi, a następnie porównam je z moją strategią.
Chyba najbardziej znana strategia głosi, aby inwestować na giełdzie długoterminowo, gdyż w dłuższym czasie giełda zawsze pozwala zarobić. Podstawową wadą tej strategii jest to, że nie sprawdza się ona zbyt dobrze w praktyce. Aby to wykazać, posłużę się wynikami Giełdy Papierów Wartościowej w Warszawie w latach 2004-2011. W tym okresie mieliśmy do czynienia z dwoma hossami (wzrostami) i dwoma bessami (spadkami). Wzrost i spadek cen na giełdzie określa WIG, czyli Warszawski Indeks Giełdowy. Poniżej prezentuję, jak zmienił się WIG w każdym z ośmiu lat.
Przyjmijmy, że na początku 2004 roku zainwestowaliśmy w akcje na giełdzie 100 zł. Sprawdźmy jak będzie się zmieniać wartość naszej inwestycji przy założeniu, że co roku ceny naszych akcji wzrastają lub spadają o tyle samo co WIG. Podane wartości dotyczą końca każdego roku.
Gdybyśmy na początku 2004 roku zainwestowali 100 zł, to na koniec 2011 mielibyśmy 159 zł. Czy 59% zysku to dużo? Jeśli inwestycje zamknęlibyśmy z końcem 2011 roku, to od zysku w wysokości 59 zł musielibyśmy zapłacić podatek w wysokości 19%. Czyli netto zostałoby nam ok. 48 zł. Od tego musimy jeszcze odjąć inflację, która w latach 2004-2011 wyniosła łącznie ok. 26%. Jeśli od 48 zł zysku odejmiemy 26 zł, które straciliśmy na inflacji, to czysty zysk wyniesie 22 zł, czyli 22% w okresie 8 lat. A zatem roczna realna stopa zwrotu to zaledwie 2,75%. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to mało.
To jednak nie wszystko. Taką stopę mielibyśmy tylko wtedy, gdybyśmy zainwestowali na początku 2004 roku. Jeśli zainwestowalibyśmy w latach 2005-2007, gdy ceny akcji były wyższe, to w ogóle nie osiągnęlibyśmy zysków. Dlatego ta strategia wymaga bardzo precyzyjnego momentu wejścia w inwestycje. Jest to moment, gdy zaczyna się hossa. Jednak wyczucie tego momentu nie jest wcale łatwe i wielu inwestorom nie udaje się wejść w odpowiednim momencie.
Kolejna wada tej strategii wiąże się z poprzednią. Skoro istnieje tylko jeden najlepszy moment wejścia w inwestycję, to gdy ten moment minie, inwestorzy na kilka lat mają związane ręce i nie mogą dokonywać kolejnych inwestycji, gdyż stają się one coraz bardziej ryzykowne.
Jeszcze inną wadą tej strategii jest to, że nie przynosi ona dochodu pasywnego. Musimy środki zamrozić w inwestycji na kilka lat i jedynym ewentualnym dodatkowych dochodem będzie dywidenda wypłacana raz do roku przez niektóre spółki.
Strategia 2
Ta strategia zakłada, że akcje kupujemy, gdy zaczyna się hossa, a sprzedajemy, gdy zaczyna się bessa. Gdybyśmy zastosowali tę strategię, dla lat 2004-2011, to kupilibyśmy akcje w 2004, sprzedali w 2007, następnie kupili w 2009 i sprzedali w 2010 roku. W ten sposób można by sporo zarobić (153% w latach 2004-2007). Jednak wadą tej strategii jest to, że nie jest wcale tak łatwo ustalić, kiedy zaczyna się i kończy hossa, gdyż akcje podlegają ciągłym zmianom i korektom. W rzeczywistości jest to niezwykle trudne zadanie, z którym nie radzą sobie nawet zawodowi zarządzający i doradcy finansowi. Świetnym tego przykładem są fundusze inwestycyjne akcji. Zarządzający tymi funduszami powinny kupować akcje gdy zaczyna się hossa, a gdy nastaje bessa, to powinni je zamienić na bezpieczne papiery, takie jak obligacje. Jeśli obserwujecie wyniki tego typu funduszy, to wiecie, że nie potrafią one w większości skutecznie stosować tej strategii w praktyce.
Strategia 3
Jest to strategia Warrena Buffetta. Zakłada ona dokładną analizę fundamentalną firm i wyboru spośród nich rodzynek, czyli naprawdę dobrych firm, których ceny akcji w dłuższej perspektywie będą rosły znacznie szybciej niż innych firm. Ta strategia pozwoliła Buffetowi stać się jednym z najbogatszych ludzi świata. Strategia taka ma jednak też pewną wadę. Wymaga zdobycia bardzo dużej wiedzy na temat analizy firm, ich bilansów, raportów, itd. W praktyce wymaga ona zainwestowania dużej ilości czasu w naukę.
Podsumowanie
Dla mnie istotnymi wadami opisanych wyżej strategii są: długi okres inwestowania, mała skuteczność, konieczność zdobycia dużej wiedzy, brak systematycznego dochodu pasywnego.
Strategia 4
Przejdźmy teraz do mojej strategii, która nie posiada tych wad. Związana ona jest z rynkiem pierwotnym akcji, czyli IPO. Zanim akcje jakieś firmy trafią na giełdę, spółka przeważnie dokonuje publicznej emisji akcji, aby pozyskać pieniądze od inwestorów. Inwestorzy mogą zapisywać się na jej akcje w biurach maklerskich. Gdy akcje zostaną przydzielone inwestorom, rozpoczyna się procedura ich dopuszczenia do obrotu na giełdzie. Okres od momentu zapisywania się inwestorów na akcje, do ich pierwszego notowania na giełdzie nie przekracza z reguły jednego miesiąca. Moja strategia polega na kupowaniu akcji w ofercie publicznej oraz ich sprzedaży pierwszego dnia ich notowań na giełdzie.
Aby sprawdzić, czy taka strategia faktycznie jest opłacalna, skorzystałem z zestawienia dostępnego na stronie www.bankier.pl. Zawiera ona informacje o wszystkich debiutach spółek na giełdzie w latach 2004-2011. Znajdziemy tam informacje, które akcje pozwoliły zarobić na debiucie, czyli cena z pierwszego dnia notowań była wyższa od ceny, po której akcje były oferowane inwestorom w ofercie publicznej. Z zestawienia od razu widać, że liczba spółek, które w czasie debiutu przyniosły zyski była wielokrotnie wyższa, niż tych, które przyniosły straty.
Postanowiłem obliczyć ile w poszczególnych latach można było zarobić średnio na każdej spółce. W tym celu zsumowałem procentowe zyski i straty dla każdego roku i podzieliłem przez ilość spółek. Oto jakie uzyskałem wyniki:
Z powyższego zestawienia od razu widać, że we wszystkich latach, nawet tych gdy na rynku panowała bessa (2008 i 2011), na akcjach oferowanych na rynku pierwotnym osiągało się zysk. Zyski te wahały się od 2,67% w 2011 roku, do blisko 40% w 2008 roku (czyli w roku, gdy WIG spadł o 51%). Pragnę tutaj zwrócić uwagę, że te wartości to miesięczne stopy zwrotu, gdyż tyle trwa średnio zamrożenie kapitału od momentu zapisu na akcje do momentu debiutu spółki na giełdzie.
Tak więc pierwszym dużym plusem proponowanej przeze mnie strategi jest fakt, że pozwala ona zarabiać w każdym roku, niezależnie czy na giełdzie panuje hossa czy bessa. Drugim plusem jest to, że czas inwestycji nie przekracza jednego miesiąca. Dzięki temu co miesiąc możemy realizować zyski i tym samym osiągać systematyczny dochód pasywny. Trzecim plusem tej strategi jest to, że zakłada ona inwestowanie we wszystkie spółki, które w danym roku debiutują na giełdzie. Dzięki temu nie trzeba zastanawiać się, które firmy wybrać i nie ma potrzeby ich analizowania. Jedyne informacje jakie trzeba zebrać, to terminy zapisywania się na akcje poszczególnych spółek oraz terminy ich debiutu na giełdzie. Czwarty plus to realnie wysoka miesięczna stopa zwrotu, pozwalająca osiągać ponadprzeciętne zyski.
Muszę jednak zaznaczyć, że ta strategia ma też wady. Pierwszą z nich jest nierównomierne rozłożenie ofert sprzedaży akcji w czasie. W ciągu roku oferty poszczególnych firm mogą się pojawiać nieregularnie, co utrudni ciągłość inwestowania. Może się okazać, że gdy sprzedamy akcje jakieś firmy na giełdzie, to przez ileś tygodni nasze pieniądze nie będą mogły być zainwestowane w kolejne oferty publiczne, gdyż może ich w najbliższym czasie nie być. Z drugiej strony może okazać się, że mniej więcej w tym samym czasie dojdzie do kilku ofert i będziemy musieli nasze środki podzielić na kilka spółek.
Druga wada tej strategii jest związana z możliwością redukcji akcji w ofercie publicznej. Gdy oferta danej spółki cieszy się dużą popularnością, to może okazać się, że inwestorzy złożą zamówienia na większą liczbę akcji niż oferuje firma. Wtedy zamówienia podlegają redukcji i inwestorzy otrzymają mniej akacji niż planowali kupić. A to oznacza niższy zysk z zainwestowanego kapitału.
Mimo tych wad, strategia ta na pewno warta jest sprawdzenia w praktyce. Ja tak zamierzam zrobić. W tej chwili jestem w trakcie otwierania rachunku maklerskiego w mBanku. Zdecydowałem się na ten bank, bo mam w nim konto bankowe, a ponadto nie pobiera on opłat za prowadzenie rachunku maklerskiego.
Każdy kto korzysta z Internetu, wykorzystuje adresy stron www, czyli domeny. Dla wielu portali ich domena stanowi niezwykle cenną wartość. Dlatego ceny szczególnie cennych domen idą w miliony dolarów. Oto przykłady cen sprzedaży kilku domen: sex.com – 14 mln, diamond.com – 7,5 mln, vodka – 3 mln $.
Polskie domeny nie osiągają tak wysokich cen. Niemniej i na naszym rynku zdarzają się prawdziwe rodzynki. Najlepszym tego przykładem jest domena Play.pl, pod którą funkcjonował dawniej sklep z grami. Gdy w Polsce ruszyła sieć komórkowa Play, to złożyła ona właścicielowi domeny ofertę jej odkupienia, ale ten zażądał bardzo wysokiej ceny, stąd sieć Play założyła sobie stronę pod adresem Playmobile.pl. Jednak w końcu obie strony doszły do porozumienia i obecnie sieć Play korzysta z domeny Play.pl. Cena transakcji nie została ujawniona, jednak według ekspertów mogła ona wynieść nawet kilka milionów złotych. Jeśli interesują was ceny sprzedaży najdroższych polskich domen, to polecam przeczytanie na jednym z blogów wpisu pt. TOP 100 sprzedaży domen .pl w 2010 roku.
Aby móc zarobić duże pieniądze na sprzedaży jednej domeny, trzeba mieć na pewno dużego farta, gdyż obecnie raczej trudno liczyć na to, że uda nam się posiąść naprawdę wartościową domenę, której jeszcze nikt wcześniej nie zarejestrował. Dlatego bardziej realnym rozwiązaniem jest inwestowanie w domeny, których cena może dochodzić do maksymalnie kilku tysięcy złotych. Takie ceny są osiągane na polskich giełdach domen.
Jeżeli pragniemy rozpocząć inwestowanie w domeny, to musimy najpierw zdecydować o dwóch ważnych czynnikach – gdzie domeny będziemy rejestrować (jeśli kupujemy domeny nowe) oraz gdzie będziemy je sprzedawać na rynku wtórnym.
Zacznę od odpowiedzi na to drugie pytanie. Po sprawdzeniu różnych serwisów okazało się, że w Polsce tak naprawdę liczy się jedna giełda domen – Aftermarket. To na niej dochodzi do największej liczby transakcji kupna sprzedaży. Pod tym względem osiąga ona znacznie lepsze wyniki, niż np. Allegro. Średnio jest na niej wystawionych do sprzedaży ok. 150 tysięcy domen.
Domeny można sprzedawać tam na dwa główne sposoby – poprzez aukcje (czyli wygrywa ten, kto zaoferuje najwyższą cenę) lub przez ofertę sprzedaży (sprzedający może ustalić cenę kup teraz lub cenę do negocjacji). Opłaty za wystawianie aukcji wynoszą 50 gr od domeny, wybranie opcji Kup teraz 1 zł, plus 4-6% od ceny sprzedaży (jeśli domenę uda się sprzedać). W przypadku ofert sprzedaży nie ma opłat za wystawienie, a tylko opłaty za sprzedaż, wynoszące 2-3,5% ceny sprzedaży.
Istnieje bardzo wiele firm zajmujących się rejestrowaniem domeny. Ja zdecydowałem się na rejestrowanie domen w Afermarket, który poza prowadzeniem giełdy domen, zajmuje się również ich rejestracją. O wyborze tej firmy zdecydowało kilka czynników:
1. Jeżeli zarejestrujemy domenę w tym portalu, to późniejsza transakcje jej sprzedaży na giełdzie będzie banalnie prosta, gdyż Aftermarket zajmie się całym procesem sprzedaży oraz przerejestrowania domeny. Dzięki temu obie strony transakcji (kupujący i sprzedający domenę) mają pewność, że transakcja zostanie przeprowadzona szybko (cały proces trwa ok. 1 godziny) i nie będzie problemów z przekazaniem domeny lub pieniędzy. W przypadku jeśli zarejestrujemy domenę w innej firmie, to proces przekazywania domeny i płatności będzie dłuższy i bardziej skomplikowany, co może zniechęcić do zakupu naszej domeny potencjalnych kupców.
2. Aftermarket oferuje dobre ceny za rejestrację domeny. Za kupno domeny .pl na pierwszy rok zapłacimy 12 zł, czyli mniej więcej tyle co u innych rejestratorów. W tym miejscu ważna uwaga dotycząca pojawiających się w sieci ofert rejestracji domen za 0 zł. Taką promocję oferuje sporo rejestratorów, jednak wiąże się ona z pewnymi ograniczeniami – zazwyczaj mogą z niej skorzystać tylko firmy, a ponadto jej sprzedaż przed upływem roku wiąże się z koniecznością poniesienia dodatkowych opłat. Dlatego generalnie nie polecam korzystanie z takich promocji. Plusem Aftermarketu jest też niska cena odnowienia domeny na kolejny rok, wynosząca 50 zł. U innych rejestratorów wynosi ona z reguły od 70 do 120 zł.
3. Każda domena zakupiona w Aftermarket ma przydzielone 5 MB darmowej powierzchni na serwerze. Tę powierzchnię można wykorzystać na stworzenie prostej strony www, bez konieczności inwestowania w hosting. Taką stronę możemy następnie wypozycjonować w wyszukiwarkach, przez co wzrośnie wartość domeny.
Na stronie Aftermarket w zakładce Ostatnio sprzedane podane są ceny najwyżej sprzedanych domen z ostatniego miesiąca. Ceny te wynoszą w większości przypadków kilka tysięcy złotych, chociaż znalazłem wśród nich domenę sprzedaną za 50 tys. zł. Jednak ceny sprzedaży w wysokości kilku tysięcy złotych udaje się uzyskać tylko w przypadku wybranych domen. Z reguły nie uda się za nie uzyskać więcej niż kilkaset złotych. Trzeba też mieć świadomość, że tylko część domen znajduje kupca. Według statystyk Aftermarket, poprzez ten portal udaje się ostatecznie sfinalizować transakcje sprzedaży 6% wszystkich wystawionych domen. Dlatego trzeba mieć świadomość, że inwestowanie w domeny nie jest łatwym kawałkiem chleba.
Osobom zainteresowanym poszerzaniem wiedzy na ten temat inwestowania w domeny polecam portal o domenach www.di.pl oraz książkę Domeny internetowe.
Warto dodać, że na Aftermarket działają też inwestorzy, którzy kupują domeny na giełdzie w celu ich późniejszej odsprzedaży finalnym nabywcom. Jednak jest to już raczej wyższa szkoła jazdy. Ja postanowiłem na początek kupić w Aftermarket 3 domeny w celu ich późniejszej odsprzedaży. Biorę pod uwagę, że może mi się nie udać ich sprzedać, dlatego planuję je wypozycjonować w wyszukiwarkach tak, aby ruch na ich stronach pozwolił mi zwrócić koszty ich zakupu poprzez wpływy z reklam.
img class=”alignleft” title=”inwestuj w domeny internetowe” src=”http://www.domaininvest.lu/wp-content/themes/aquitaine/images/portfolio.png” alt=”inwestuj w domeny internetowe” width=”240″ height=”229″ /
Niedawno na stronie popularnego bloga o inwestowaniu przeczytałem krytyczny artykuł na temat Roberta Kiyosakiego – najpoczytniejszego na świecie autora książek o inwestowaniu. Autor bloga, który sam inwestuje na Giełdzie Papierów Wartościowych, nazywa Kiyosakiego sprytnym manipulatorem. Skąd tak ostre słowa? Robert Kiyosaki na swojej stronie chwali się tym, że w miastach Austin i Tucson sprzedał nieruchomość z zyskiem. Tymczasem autor bloga sprawdził, że ceny nieruchomości w tych miastach spadły. Stąd autor wysunął wniosek, że Kiyosaki mówi nieprawdę, twierdząc, że udało mu się zarobić na sprzedaży nieruchomości, których ceny zniżkowały.
Opisana powyżej sytuacja jest świetnym przykładem dwóch różnych podejść do inwestowania. Autor bloga należy do tzw. pasywnych inwestorów, którzy inwestują na giełdzie, w fundusze inwestycyjne lub nieruchomości i liczą, że ich rynkowa cena wzrośnie i będą mogli sprzedać je z zyskiem. Gdy jednak na rynku panują spadki (bessa na giełdzie czy spadki cen nieruchomości), to takie osoby ponoszą straty.
Drugie podejście reprezentują tzw. aktywni inwestorzy, do których należy m.in. Robert Kiyosaki. Oni swoich zysków nie uzależniają od koniunktury na giełdzie czy w nieruchomościach, ale od własnego wkładu pracy. Inwestują oni tak, aby kontrolować swoje inwestycje. W swoich książkach Kiyosaki opisuje, jak tego dokonuje w przypadku nieruchomości. Przede wszystkim inwestuje on w lokale, których wartość będzie w stanie sam zwiększyć. To mogą być np. nieruchomości, które są źle zarządzane przez obecnego zarządcę. Po kupnie nieruchomości i zatrudnieniu doświadczonego zarządcy, Kiyosaki jest w stanie zwiększyć jakość oferty najmu, co z kolei pozwala na podwyższenie czynszów. Inną możliwością jest zainwestowanie w podwyższenie standardu lokali.
W jednej ze swoich książek Kiyosaki podaje przykład swojego budynku (chodziło bodajże o biurowiec), który dzięki dobremu zarządzaniu i dobrej reklamie miał wynajętą prawie całą powierzchnię. Tymczasem inne okoliczne budynki świeciły pustkami. Ponieważ budynek Kiyosakiego generował znacznie większe zyski z wynajmu od innych budynków, dlatego dla potencjalnego inwestora był on wart znacznie więcej niż sąsiednie budynki. Tak więc Kiyosaki nie uzależniał wzrostu cen nieruchomości od dobrej lub złej koniunktury, ale od własnej pracy, mającej zwiększyć wartość jego inwestycji.
I tak dochodzimy do wytłumaczenia sytuacji, której autor polskiego bloga nie był w stanie zrozumieć – jak pomimo ogólnego spadku cen nieruchomości, Kiyosakiemu udało się na nich zarobić. Udało mu się to dzięki kontroli nad inwestycją i możliwości samodzielnego zwiększenia jej wartości.
Jaki płynie z tego morał? Warto szukać takich inwestycji, które możemy samodzielnie kontrolować i mieć wpływ na ich wartość. Ja przykładowo część moich zysków czerpię z internetowych programów partnerskich. Ich zaletą jest to, że mam kontrolę nad tym, jak rozwijam mój udział w tych programach i dzięki czemu zarabiam na nich niezależnie od czynników zewnętrznych, takich jak koniunktura gospodarcza czy sytuacja na giełdzie.
Dzisiaj chciałbym was poinformować o darmowej książce-kursie Roberta Kiyosakiego pt. „You Can Choose To Be Rich”, czyli „Możesz wybrać być bogatym”. Publikacja ta nie została dotychczas opublikowana w Polsce, więc tym bardziej warto po nią sięgnąć, jeśli tylko znacie język angielski. Autor zdecydował się ją udostępnić za darmo każdemu, kto zarejestruje się bezpłatnie na jego stronie www.richdadworld.com. Po rejestracji wystarczy w menu wybrać pierwszą zakładkę pt. Programs”, a z niej link „You Can Choose To Be Rich Home Study Course”. Publikacja jest dostępna aż w 3 wersjach: online (jako strony www), w wersji PDF (każdy rozdział to oddzielny plik) oraz plikach audio.
Poniżej publikuję spis treści tej książki, abyście mogli zorientować się, czy jej tematyka was zainteresuje.
Section 1 – THINK Like the Rich
Introduction
Chapter 1 – Change Your Mind, Change Your Life
Chapter 2 – Rich Dads Get Rich Strategies
Chapter 3 – Where Are You?
Chapter 4 – Getting Started
Section 2 – LEARN What the Rich Know
Introduction
Pillar 1 – A Primer on Economics
Pillar 2 – The Basics of Accounting
Pillar 3 – The Fundamentals of Taxes
Pillar 4 – The B-I Triangle
Pillar 5 – The ABCs of Investing
Section 3 – DO What the Rich Do
Introduction
Step 1- Determine Where You Are
Step 2 – Set Your New Goals
Step 3 – Take Control of Your Cash Flow
Step 4 – Become an Investor
Step 5 – Enter the B Quadrant
Step 6 – Mind Your Own Business
Step 7 – Become an Ultimate Investor
A Final Word
Niedawno przeczytałem na stronie Artbiznes artykuł na temat inwestowania w wino. Skłonił mnie on do bliższego przyjrzenia się tego typu inwestycjom. W Polsce właściwie tylko dwie firmy oferują możliwość inwestowania w takie trunki. Są to Wealth Solution oraz Ipopema.
Postanowiłem przyjrzeć się bliżej ich ofertom. Na stronie Wealth Solution znalazłem następujące informacje na temat ich oferty:
- Inwestycja polega na na kupowaniu fizycznych skrzynek wina i ich przechowywaniu w Wielkiej Brytanii.
- Rekomendowany okres inwestycji wynosi 3-5 lat. Istnieje możliwość sprzedaży trunków przed okresem zakończenia inwestycji (jednak nie wcześniej niż po 2 latach).
- Minimalna kwota inwestycji to 2500 funtów (GBP), czyli ok. 13 tys. zł.
- W oparciu o preferencje klientów są tworzone portfele o różnym poziomie potencjalnych zysków. Firma może przygotować inwestycje, które historycznie osiągały stopy zwrotu rzędu 20-30% w skali roku, jak również takie, które zarabiały nawet 300-500% w skali 5 lat.
- Opłata wstępna pobierana przez Wealth Solution zależy od wysokości zainwestowanej kwoty i waha się od 15% w przypadku niewielkiej kwoty (2,5-4,99 tys. funtów) do 8% w przypadku inwestycji od 50 tys. funtów. Dodatkowe opłaty to 2,5% rocznie od ceny zakupu win za zarządzanie oraz opłata za przechowywanie i ubezpieczenia wynosząca 15 GBP rocznie od każdej skrzynki.
Moim zdaniem, sporym plusem oferty Wealth Solution jest tworzenie indywidualnego portfela inwestycyjnego dla każdego klienta, dostosowanego do jego preferencji.
Jednak na stronie firmy brakuje mi informacji o historycznych wynikach inwestycji dokonywanych przez Wealth Solution. Dlatego postanowiłem nieco poszperać w Internecie i znalazłem artykuł o inwestowaniu w wina z „Rzeczpospolitej”: http://www.rp.pl/artykul/604047_Jak-zarobic-na-winie–dla-bogatych-Chinczykow.html?p=2 W artykule tym dziennikarz podaje, że według danych firmy Wealth Solution dotychczas inwestorzy „uzyskali średnią stopę zwrotu w wysokości 46,5 proc. rocznie, przy czym najgorszy wynik to 2,5 proc., ale najlepszy – 337 proc. rocznie”. Trzeba przyznać, że takie wyniki są zachęcające.
Za to minusem oferty firmy Wealth Solution są, moim zdaniem, pobierane przez nią opłaty, a szczególnie opłata wstępna, która dochodzi nawet do 15% wartości inwestycji. Jest to bez wątpienia dużo. Niemniej biorąc pod uwagę potencjalne zyski oferowane przez firmę, takie opłaty są do strawienia, szczególnie w przypadku inwestycji na kilka lat.
Ja sam na razie nie jestem zainteresowany ofertą tej firmy ze względu na konieczność zainwestowania co najmniej kilkunastu tysięcy złotych. Taki poziom inwestowania przekracza obecnie moje możliwości.
Druga firma oferująca możliwość inwestowania w wino to Ipopema. W przypadku tej firmy inwestorzy kupują jednostki uczestnictwa funduszu, który inwestuje w wina. Na swojej stronie http://ipopematfi.pl/priceChart,id,11,period,6,typeId,8.html firma prezentujedokładną wycenę jednostek funduszu. Niestety okazuje się, że fundusz ten nie radzi sobie zbyt dobrze. Od momentu uruchomienia w 2008 roku do końca grudnia 2011 (wycena jednostek następuje co 3 miesiące) fundusz ten pozwolił zarobić inwestorom zaledwie 4%. Tak niski zysk powoduje, że raczej nie ma sensu interesowanie się tym produktem inwestycyjnym.
Dzisiaj chciałbym opisać kolejny serwis pośredniczący w pożyczkach społecznościowych, poprzez który można osiągać ponad 20% zysku miesięcznie. Jest to Sekrata. Portal ten jest w pewnym sensie udoskonaloną wersją Finansowo (o którym przeczytacie tutaj). Tak jak w przypadku Finansowo, w Sekracie na porządku dziennym jest dodawanie przez pożyczkobiorcę do normalnego oprocentowania pożyczki dodatkowego bonusu, który może sięgać 10 procent wartości pożyczki. Przykładowo ja inwestuję głównie w pożyczki 15-dniowe oferujące 10% bonusu oraz oprocentowanie w skali roku 24%. Tak więc miesięcznie mogę zarobić dwadzieścia kilka procent (20% bonusu + 2% oprocentowania pożyczki).
Dla mnie osobiście Sekrata ma dwa cenne atuty. Po pierwsze, wspomniane bonusy są oficjalną częścią pożyczek i dlatego są widoczne w ogólnym zestawieniu wszystkich aukcji pożyczek. Dzięki temu wystarczy wejść na stronę zawierającą wszystkie dostępne aukcje, aby od razu wiedzieć, które aukcje oferują jakie bonusy. W przypadku Finansowo trzeba było wejść na podstronę każdej aukcji osobno i dopiero tam szukać w opisie informacji o bonusie. Tak więc plusem Sekraty jest to, że umożliwia znacznie szybsze wyszukanie aukcji z interesującym nas poziomem bonusów.
Druga zaleta tego portalu to tworzenie subkont dla pożyczkodawców i pożyczkobiorców. Pożyczkodawca przelewa pieniądze ze swojego konta bankowego na subkonto w portalu Sekrata. Następnie te pieniądze może rozdzielać na różne pożyczki. Przy czym przekazywanie pieniędzy pożyczkobiorcy następuje już automatycznie wewnątrz Sekraty. Również zwrot pieniędzy następuje automatycznie na subkonto w Sekracie. W rezultacie Sekrata wymaga mniej pracy ze strony pożyczkodawcy, niż Finansowo.
Jednak Sekrata ma też i wady. Pierwsza z nich dotyczy szyfrowania stron (chodzi o pojawiającą się przy http literkę s). Gdy ładuje się dowolna strona tego portalu, to najpierw wszystko jest ok, strona jest szyfrowana, co pokazuje przeglądarka internetowa. Gdy jednak załaduje się cała strona, to pojawia się komunikat, że strona zawiera zarówno elementy szyfrowane, jak i nieszyfrowane. I tu pojawia się wątpliwość, czy w trakcie logowania do portalu, nasz login i hasło są w pełni bezpieczne? Brak 100-procentowego kodowania strony może oznaczać, że tak nie jest.
Druga wada to brak współpracy z firmą windykacyjną. W regulaminie przeczytałem, że firma obsługująca portal może skierować niespłacone pożyczki do windykatora, ale nie znalazłem w portalu jakichkolwiek informacji o tym, że współpracuje ona z firmą windykacyjną. Jeżeli rzeczywiście takiej współpracy nie ma, to może to oznaczać, że gdy nasza inwestycja w pożyczkę nie zostanie spłacona, to sami będziemy musieli szukać windykatora, który podejmie się odzyskania naszych pieniędzy.
Ostatnia wada dotyczy faktu, że nr telefony komórkowego należy weryfikować co miesiąc. A to wiąże się z comiesięcznym kosztem weryfikacji w wysokości 1 zł. Kwota ta niby nie jest duża, jednak jeśli ktoś planuje zainwestować na Sekracie tylko 50 zł (jest to minimalna kwota, jaką można przeznaczyć na inwestycje), to opłata ta będzie oznaczać co miesiąc dodatkowe 2% kosztu od wartości inwestycji.
Mimo opisanych wyżej wad, zdecydowałem się rozpocząć udzielanie pożyczek poprzez Sekratę. Tak jak w przypadku innych portali, przez kilka pierwszych miesięcy planuję inwestować tam niewielkie kwoty, aby sprawdzić realną opłacalność inwestycji.
Na koniec opiszę jeszcze kwestię weryfikacji. Po założeniu konta na Sekracie należy najpierw dokonać wpłaty pieniędzy na swoje subkonto. Gdy wpłata zostanie zaksięgowana na subkoncie, to można przeprowadzić weryfikację. W tym celu należy uzupełnić swoje dane w zakładce moje konto, a następnie w tej samej zakładce wybrać opcję weryfikacja. Pożyczkodawcy muszą zweryfikować swoje konto bankowe (co kosztuje 2 zł) oraz nr telefonu komórkowego (co kosztuje 1 zł). Łącznie jest to 3 zł, które zostaje pobrane z subkonta. Dlatego sugeruję, abyście dokonując pierwszego przelewu na subkonto, wpłacili kwotę w wysokości 50 zł lub jej wielokrotność plus 3 zł na koszty weryfikacji. Nie da się natomiast przelać tylko 3 zł, gdyż minimalna kwota przelewu na subkonto wynosi 10 zł.
Multi Level Marketing (MLM) czyli marketing sieciowy ma swoich gorących zwolenników, jak i przeciwników. Do zwolenników tego sposobu budowania finansowej niezależności należy m.in. Robert Kiyosaki. Ja sam dotychczas nie zaangażowałem się w tego typu projekty, aczkolwiek od czasu do czasu chodzę na spotkania prezentacyjne różnych firmy z obszaru MLM. Jednak dotychczas żadna z nich nie przekonała mnie na 100%, że warto się z nią związać.
Niedawno byłem na prezentacji jednej z takich firm o nazwie Lyoness. Muszę przyznać, że zrobiła ona na mnie lepsze wrażenie, niż większość firm marketingu sieciowego. Myślę, że może być ona ciekawą opcją dla osób, które już działają w obszarze MLM, lub planują to robić. Dlatego w tym artykule opiszę bliżej firmę Lyoness, przedstawiając jej plusy i minusy.
Firma ta zajmuje się organizowaniem systemu sprzedaży pozwalającego kupującym otrzymać zwrot części pieniędzy wydawanych na zakupy. Firma współpracuje z wieloma znanymi sklepami, takimi jak Carrefour, Media Markt, Orlen, Go Sport. I to jest podstawowy plus jej oferty. Wiele firm MLM oferuje potencjalnym klientom swoje własne produkty, co dla partnerów takich firm stanowi spory problem. Muszą oni namawiać swoich znajomych do zakupu nieznanych im produktów. Ponadto takie produkty często charakteryzują się sprzedażą okresową (np. produkty zdrowotne klient kupuje do momentu, aż osiągnie spodziewane efekty zdrowotne). W Lyoness jest inaczej. Tutaj klienci kupują produkty i usługi w sklepach, w których i tak na co dzień robią zakupy. Dzięki temu łatwiej partnerom namawiać swoich znajomych do przystąpienia do tego projektu. Ponadto takie zakupy są zakupami stałymi, które klienci realizują ciągle, dzięki czemu partner może liczyć na stałe korzyści w długim okresie czasu.
Gorzej wygląda sprawa z wysokością zwracanych pieniędzy, na jakie mogą liczyć klienci, gdyż wynoszą one 1-2% od wartości zakupu. Nie jest to zbyt atrakcyjna wielkość, jednak przykłady z innych krajów, w których Lyoness działa dłużej, pokazują, że i tak wiele osób jest zainteresowanych przystąpieniem do tego projektu. Zapewne dla niektórych osób, nawet tak mały upust jest atrakcyjny, w myśl zasady, ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Myślę jednak, że dla większość osób przystępujących do tego projektu liczą się dodatkowe korzyści, wynikające z działania tej firmy jako MLM. Korzyści te wynikają z możliwości pozyskiwania nowych partnerów/klientów i osiągania zysku z ich obrotów.
Istnieją dwa sposoby osiągania takiego zysku. Pierwszy polega na otrzymywaniu pieniędzy bezpośrednio od obrotów osób, które pozyska się do sieci Lyoness. W przypadku pierwszego poziomu (czyli osób, które sami namówimy do przystąpienia do Lyoness) jest to 1% od wartości ich obrotów, a w przypadku drugiego poziomu (osoby, które pozyskają osoby pozyskane przez nas) jest to 0,5% od wartości ich zakupów. Te wartości też do specjalnie atrakcyjnych nie należą, jednak jeśli partnerowi uda się pozyskać dużą liczbę nowych kupujących, to może z tego tytułu uzyskać już spore przychody.
Drugi sposób zarabiania polega na bezpośrednim wykorzystywaniu planu marketingowego. Nie będę go tutaj dokładnie opisywał, gdyż obawiam się, że mógłbym nie wszystko opisać w sposób prawidłowy. Jako ciekawostkę wartą zasygnalizowania podam jednak, że plan ten pozwala zarabiać nie tylko na osobach, które w systemie są pod nami, ale również na osobach, które są wyżej w strukturze (czyli przystąpiły do Lyoness przed nami). Nieco więcej światła na plan marketingowy może wam dać prezentacja, którą znalazłem na stronie: http://www.slideshare.net/lyonessteam/biznes-infopluk
Warto jeszcze omówić dwa ważne zagadnienia związane z ofertą tej firmy. Pierwsze dotyczy działania systemu od strony technicznej. Istnieją trzy sposoby realizacji transakcji. Pierwszy to specjalne karty, które należy pokazać sprzedawcy w sklepie. Przy pomocy czytnika skanuje on kartę i dzięki czemu system Lyoness wie, kto zrobił zakupy i za ile. W przypadku części sklepów zamiast kart obowiązują bony towarowe. Trzecia możliwość płacenia z Lyoness dotyczy sklepów internetowych. O ile dobrze zrozumiałem ich prezentację, to w tym przypadku należy najpierw zalogować się do swojego konta na stronie internetowej Lyoness, a następnie z poziomu tej strony przejść do strony internetowej sklepu, w którym chcemy dokonać zakupu.
Ostatnia kwestia, którą należy omówić to koszty przystąpienia do Lyoness. I tutaj mam dobrą i złą wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że aby przystąpić do programu tej firmy jako partner, należy wykupić bony towarowe na kwotę minimum 1350 zł. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma ochotę lub możliwość wydania takiej kwoty. Dobra wiadomość jest z kolei taka, że całą tę kwotę mamy do wykorzystania na nasze zakupy. Tak więc, nie musimy kupować produktów, których nie chcemy. Po prostu wydamy te bony w tych sklepach, w których robimy zakupy. Z tego powodu oferta firmy Lyoness powinna być najbardziej atrakcyjna dla osób, które sporą część swoich zakupów robią w sklepach, które współpracują z tą firmą (np. Carrefour).
Jeżeli kogoś z was zainteresuje oferta tej firmy, to może zajrzeć na ich stronę: www.lyoness.net/pl/
Każdy zna powiedzenie, że czas to pieniądz, jednak większość osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele prawdy się w nim kryje. W książce „Dlaczego chcemy żebyś był bogaty” Robert Kiyosaki dzieli ludzi na trzy kategorie:
- nieinwestorów, którzy nie inwestują czasu i nie inwestują pieniędzy,
- inwestorów pasywnych, którzy inwestują pieniądze, ale nie inwestują czasu,
- inwestorów aktywnych, którzy inwestują zarówno czas, jak i pieniądze.
Okazuje się, że czas odgrywa bardzo ważną rolę w procesie inwestowania. Dlaczego? Dlatego, że im więcej czasu poświęcimy na naukę inwestowania, tym lepsze efekty będziemy uzyskiwać. Ludzie, którzy inwestują pasywnie, z braku czasu powierzają swoje pieniądze innym (np. funduszom inwestycyjnym). Jak być może już zauważyłeś, efekty tego rodzaju inwestowania są przeważnie bardzo słabe. Jeżeli chcemy skutecznie pomnażać nasze pieniądze, to musimy to robić sami, a to wymaga właśnie czasu. Robert Kiyosaki po to został bogatym rentierem w wieku czterdziestu kilku lat, aby mógł poświęcić swój czas na inwestowanie.
Podobnie było w moim przypadku. W grudniu 2011 roku udało mi się przejść na „emeryturę”, tzn. od tego czasu jestem w stanie utrzymać się oraz przeznaczać pewną kwotę na inwestycje, wyłącznie z dochodu pasywnego. Dzięki temu, że nie muszę pracować na chleb, mam dużo wolnego czasu, który poświęcam na rozwijanie swojej finansowej inteligencji. Jeżeli czytałeś już inne artykuły na tej stronie, to zapewne zauważyłeś, że przeczytanie pojedynczego tekstu nie zajmuje więcej niż kilkunastu minut. Jednak ja potrzebowałem wielu godzin, aby przygotować każdy z tych tekstów. Musiałem czytać książki, przeszukiwać internet, analizować zebrane informacje, aby ostatecznie móc opisać różne sposoby inwestowania pieniędzy. Mogłem to robić, gdyż mam na to czas.
reklama Inwestuj w wino online:
Dlatego jeśli pragniesz uzyskać finansową wolność, to musisz mieć świadomość, że bez zainwestowania czasu, raczej ci się to nie uda. Dlatego sugeruję, abyś zastanowił/a się, w jaki sposób wygospodarować w swoim codziennym życiu czas na rozwijanie swojej finansowej wiedzy.
Jednak czas może służyć nie tylko do zdobywania nowej wiedzy. Istnieją inwestycje, które prawie w ogóle nie wymagają pieniędzy (przynajmniej na początku), za to wymagają zainwestowania dużej ilości czasu. Przykładem mogą być portale internetowe. Wiele znanych portali (np. Yahoo, Facebook, Nasza klasa) zostało założonych przez studentów, którzy nie dysponowali dużą gotówką, byli oni jednak w stanie zainwestować dużo czasu, aby rozwinąć swoje biznesowe projekty. Zwróć uwagę, że byli oni gotowi przez długi czas pracować za darmo po to, aby w przyszłości móc osiągnąć wymierne korzyści finansowe. To właśnie odróżnia pracownika etatowego, od inwestora-biznesmena. Pracownik oczekuje, że co miesiąc otrzyma za swoją pracę pensję. Biznesmen jest gotów przez wiele miesięcy, a nawet lat, pracować za darmo. Wie on, że czas, który zainwestował w rozwój biznesu, może być kiedyś wart fortunę.
Trzecie zastosowanie czasu wynika z faktu, że pozwala on stopniowo zwiększać nasze zyski. Im dłuższy przedział czasu, tym możemy bardziej rozwijać nasz biznes lub wykorzystać efekt procentu składanego. Dobrzy inwestorzy są osobami cierpliwymi. Wiedzą, że czas działa na ich korzyść. Dlatego potrafią planować inwestycje w perspektywie 10 i więcej lat.
Czy można rozpocząć inwestowanie w grunty mając do dyspozycji zaledwie 300 zł? Okazuje się, że można. Wczoraj byłem na spotkaniu firmy Treeneo, która zajmuje się inwestycjami w grunty. Wykupuje ona atrakcyjne grunty rolne, które mogą zostać odrolnione, a następnie sprzedaje je inwestorom. W jej ofercie najciekawszy jest sposób finansowania inwestycji przez inwestorów. Mają oni do wyboru kilka opcji.
Pierwsza opcja to zakup całego gruntu za gotówkę. To rozwiązanie jest dostępne dla osób, które dysponują kwotą co najmniej 85 tys. złotych (tyle kosztuje jedna działka). Ewentualnie mogą spróbować wziąć kredyt bankowy na ten zakup. Jednak bank musi najpierw sprawdzić ich zdolność kredytową i dopiero potem zdecyduje, czy udzieli im kredytu, czy nie.
Druga opcja to wpłata 30% wartości działki, a pozostała kwota zostaje rozbita na raty wynoszące nie mniej niż 300 zł miesięcznie. Raty nie są oprocentowane, mogą jednak być waloryzowane o roczny wskaźnik inflacji. Co ważne, po wpłaceniu 30% wartości gruntu, inwestor staje się jego formalnym właścicielem (zostaje na niego przepisana księga wieczysta). Firma Treeneo za to zabezpiecza spłatę reszty ceny gruntu (70%) na jego hipotece.
To rozwiązanie ma trzy istotne plusy. Po pierwsze, pozwala kupić działkę osobie, która nie dysponuje całą kwotą. Po drugie, nie wymaga sprawdzania zdolności kredytowej inwestora. Firmy Treeneo nie interesuje, skąd inwestor będzie brał pieniądze na raty. Jej zabezpieczeniem jest hipoteka. Gdy inwestor nie będzie spłacał rat, to firma przejmie nieruchomość i sprzeda ją komuś innemu.
Po trzecie, możliwość zakupu gruntu za 30% jej wartości pozwala inwestorowi skorzystać z efektu dźwigni finansowej. Sposób jej działania opiszę na konkretnym przykładzie. Kupujemy grunt w cenie 85 tys. złotych, płacąc za niego 30% ceny, czyli 25,5 tys. zł. Przez kolejne 12 miesięcy wpłacamy 12 rat po 300 zł, czyli razem 3,6 tys. zł. Tak więc po roku wydaliśmy na inwestycję łącznie 29,1 tys. zł. Wyobraźmy sobie teraz, że w ciągu tego roku cena gruntu wzrosła o 10% (czyli o 8,5 tys. zł) i jest on wart 93,5 tys. złotych. Sprzedajemy go w tej cenie. Jednak nasza stopa zwrotu nie wynosi 10%. Ponieważ zainwestowaliśmy tylko 29,1 tys. zł, dlatego stopa zwrotu wynosi 29%. Tak właśnie działa efekt dźwigni finansowej.
reklama
Trzecia opcja pozwala rozpocząć inwestowanie z kwotą zaledwie 300 zł. W tym przypadku inwestor podpisuje z firmą Treeneo umowę, w której zobowiązuje się do comiesięcznych wpłat w wysokości minimum 300 zł. W zamian za to firma zobowiązuje się, że gdy uzbiera on 30% wartości gruntu, to sprzeda mu go po obecnej cenie, czyli 85 tys. zł. Tutaj efekt dźwigni finansowej jest jeszcze większy. W ciągu roku taki inwestor zainwestuje tylko 3,6 tys. złotych. Jeśli po roku cena gruntu wzrośnie o 10%, to stopa zwrotu po roku wyniesie 236%!
Ofertę firmy Treeneo opisałem nie dlatego, aby namawiać was do skorzystania z niej, ale po to, aby uświadomić wam, że zakup nieruchomości za gotówkę lub kredyt bankowy, to nie jedyne możliwości. Istnieją inne rozwiązania, które są nie tylko, że bardziej opłacalne ze względu na efekt dźwigni finansowej, ale też możliwość spłat ratalnych bez konieczności udowadniania swojej zdolności kredytowej.
Wiele osób nie inwestuje pieniędzy, gdyż uważa, że ich na to nie stać. Warto, aby takie osoby poszukały np. w Internecie informacji o alternatywnych sposobach finansowania zakupu aktywów, które ich interesują. Prawda jest taka, że jeżeli istnieje na coś popyt (w tym przypadku na alternatywne sposoby finansowania zakupu aktywów), to wcześniej czy później znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie zaoferować podaż odpowiednich produktów lub usług.
Coraz większa liczba inwestorów interesuje się inwestowaniem w zieloną energię, czyli np. elektrownie wiatrowe. Tego typu inwestycje są dochodowe ze względu na przepisy prawne, które wymuszają na Polsce zwiększenie udziału energii ekologicznych w ogólnym bilansie zużywanej energii. Niedawno zgłosił się do mnie przedstawiciel firmy oferującej tego typu inwestycje, w której minimalny kapitał inwestycyjny wynosił 7 tys. złotych.
Przyznam szczerze, że mnie samego tego typu inwestycje nie za bardzo interesowały ze względu na długi okres inwestycji oraz wątpliwości natury legislacyjnej. Opłacalność zielonej energetyki nie wynika z zasad rynkowych, tylko z przepisów prawnych. Zastanawiałem się, co się stanie, jeśli w przyszłości przepisy te ulegną zmianie na niekorzyść i tego typu inwestycje staną się mniej lub w ogóle nieopłacalne? To pytanie do niedawna było pytaniem teoretycznym. Jednak kilka dni temu przeczytałem na stronie biznesowej Gazety Wyborczej alarmujący artykuł pt. Pieniądze wyrzucone w energię.
W artykule tym jest opisana reakcja przedstawicieli branży energetyki odnawialnej na nowe propozycje zmian przepisów dotyczących tej branży. Według nich, jeśli nowe przepisy, proponowane przez ministerstwo gospodarki, wejdą w życie, to będzie to oznaczać koniec tej branży w Polsce.
W tej chwili nie jest przesądzone, czy te przepisy faktycznie wejdą w życie. Jednak cała ta historia pokazuje, że ryzyko zmian legislacyjnych w przypadku branży zielonej energii jest bardzo poważne. Oznacza to, że każdy kto zainwestuje w tę branżę, będzie uzależniony od decyzji polityków i ich kompetencji. Z doświadczenia wiemy, że politycy absolutnie do ludzi kompetentnych nie należą.
Ja m.in. dlatego zająłem się samodzielnym inwestowaniem pieniędzy, aby uniezależnić swoją finansową przyszłość od niekompetentnych polityków. I dlatego nie wyobrażam sobie zainwestowanie w aktywa, w których decydujący głos będą mieli politycy.
Na stronie internetowej Gazety Wyborczej przeczytałem artykuł poświęcony wynikom Otwartych Funduszy Emerytalnych. O tym, że nie radzą sobie one najlepiej, wiedziałem od dawna. Jednak nie spodziewałem się, że ich wyniki są aż tak słabe. GW obliczyła średnie roczne zyski OFE od 1999 roku i okazało się, że najlepszy Otwarty Fundusz Emerytalny wypracował w ciągu 12 lat średni roczny zysk w wysokości zaledwie 5,93% (źródło). Jest to zysk porównywalny do zysku z dobrych lokat bankowych. Gdyby ktoś z was w 1999 roku ulokował swoje środki finansowe na dobrej lokacie bankowej z dzienną kapitalizacją odsetek (aby uniknąć podatku Belki), to uzyskałby w 2012 roku podobną lub nawet lepszą stopę zwrotu niż OFE.
Wydawać by się mogło, że OFE powinny zatrudniać najlepszych specjalistów od zarządzania pieniędzmi. Tymczasem ci specjaliści nie byli w stanie w ciągu 12 lat osiągnąć sensownych wyników finansowych. Ten problem nie dotyczy tylko OFE, ale całej branży finansowej. Jeśli porównamy wyniki funduszy inwestycyjnych w dłuższej perspektywie (5-7 lat), to tylko niewielki ich procent przyniósł średni roczny zysk wyższy niż lokaty bankowe. Równie kiepsko wypadają lokaty strukturyzowane, które np. w latach 2009 i 2010 przyniosły średnią roczną stopę zwrotu w granicach 3,5%.
Prawda jest taka, że większość specjalistów zajmujących się zarządzaniem pieniędzy innych ludzi jest niekompetentna. Skoro tak jest, to dlaczego setki tysięcy, a nawet miliony Polaków powierzają im w zarządzanie swoje pieniądze? Częściowo jest to zapewne wynik ślepej wiary w to, że jeśli ktoś zajmuje się zarządzaniem pieniędzmi, to się na tym zna. Inną przyczyną może być efekt stada – skoro większość ludzi powierza im swoje pieniądze, to znaczy, że jest to prawidłowe rozwiązanie. Niestety fakty przeczą temu.
Co zatem ma zrobić osoba, która pragnie uniknąć błędu popełnianego przez większość osób, powierzającym swoje pieniądze w zarządzanie niekompetentnym ludziom? Osobiście proponuję dwa rozwiązania.
Pierwsze polega na poświęceniu czasu na wyszukanie rodzynek w zepsutym cieście. Czyli chodzi o wyszukanie takich ofert inwestycyjnych, które faktycznie były w stanie generować dla swoich klientów godziwe zyski w długim czasie.
Druga opcja polega na samodzielnym nauczeniu się inwestowania. Wymaga to czasu i wysiłku, ale za to daje dużo większe szanse na finansową niezależność. Mogę tutaj podpowiedzieć, że warto szukać takich inwestycji, które są niezależne od koniunktury giełdowej czy gospodarczej. Słabe wyniki OFE oraz funduszy inwestycyjnych wynikają w dużej mierze z tego, że opierają one swoje inwestycje na aktywach podlegających cyklom (np. giełda). W rezultacie zyski z lat prosperity są zjadane w latach spadków. Istnieje na szczęście wiele aktywów, które takim cyklom nie podlegają (np. pożyczki społecznościowe czy Forex). Inwestując w nie możemy uzyskiwać zyski w każdym roku.
Każdy kto posiada własne mieszkanie lub dom w miastach, w których będzie organizowane Euro 2012, może zarobić na ich wynajmie kibicom, którzy przyjadą do nas z całej Europy. W tym czasie właściciele mogą zamieszkać u znajomych lub krewnych (dzieląc się z nimi zyskiem) lub wyjechać gdzieś na wakacje (jeśli nie są fanami piłki nożnej). Aby pomóc osobom zainteresowanym takim sposobem zarobku, powstało Stowarzyszenie Sąsiedzi na Mecze 2012, które zajmuje się pośrednictwem między właścicielami nieruchomości, a kibicami.
Cały system funkcjonuje w następujący sposób. Właściciele mieszkań i domów zwracają się do stowarzyszenia z informacją, że chcą użyczyć swoje mieszkanie lub dom. Wtedy przyjeżdża do nich przedstawiciel stowarzyszenia i fotografuje lokal. Następnie oferta wynajmu lokalu trafia do Internetu. Gdy ktoś zdecyduje się wynająć dany lokal, to przedstawiciel stowarzyszenia podpisuje w imieniu kibiców umowę z właścicielem lokalu i przekazuje mu 20% zaliczki. Gdy kibice przyjadą do Polski, to przed otrzymaniem kluczy muszą przekazać właścicielowi resztę opłaty za wynajem gotówką oraz zwrotną kaucję w wysokości 800 euro. Kaucja ta ma służyć pokryciu ewentualnych szkód wyrządzonych przez kibiców.
Dodatkowo stowarzyszenie oferuje fundusz odszkodowawczy. Udział w nim jest dobrowolny i polega na tym, że wpłaca się na fundusz 1% zarobku z tytułu wynajmu. Jeśli straty spowodowane przez kibiców przekroczą wartość kaucji, to wtedy dodatkowe straty będą pokrywane z funduszu. Jeżeli ktoś mimo wszystko ma wątpliwości, czy te zabezpieczenia okażą się wystarczające, to może wynająć kibocom tylko pokój. Wprawdzie wtedy zarobi mniej, ale za to będzie miał oko na gości.
Na stronie stowarzyszenia www.odnajme.pl można znaleźć szczegółowe informacje na temat tego projektu. Niestety nie udało mi się tam znaleźć informacji, czy udział w tym projekcie jest darmowy, czy też wiąże się z jakimiś opłatami. Trochę trudno mi uwierzyć, że stowarzyszenie będzie z własnych pieniędzy pokrywać koszty promocji lokali w Internecie oraz koszty dojazdu przedstawiciela do każdego lokalu, który będą fotografować. Dlatego jeśli będziecie zainteresowani udziałem w tym projekcie, to warto skontaktować się ze stowarzyszeniem i zapytać w sprawie ewentualnych kosztów.
Ponieważ ja sam niestety nie posiadam w Warszawie własnego mieszkania, dlatego nie planuję skorzystał z tego rozwiązania.
Dzisiaj chciałbym napisać o kolejnym portalu pożyczek społecznościowych, poprzez który można zarobić nawet kilkanaście procent miesięcznie. Jest to strona www.finansowo.pl. Na początek przedstawię wam różnice między tym portalem, a omówionym w poprzednim artykule Kokosem.
W Kokosie cały proces udzielania oraz spłacania pożyczek jest niemal w całości automatyczny. Jedynie co musi zrobić pożyczkodawca to zadeklarować ile zamierza pożyczyć pieniędzy oraz dokonać przelewu środków na subkonto w Kokosie. Przy czym przelew można zrealizować poprzez system szybkich płatności, takich jak np. mTransfer.
W przypadku Finansowo cały proces obsługi pożyczki następuje ręcznie. Najpierw pożyczkodawca zgłasza pożyczkobiorcy, że chce mu udzielić pożyczki. Następnie pożyczkobiorca (PB) decyduje, czy skorzysta z pieniędzy danego pożyczkodawcy (PD). Następnie PD otrzymuje dane konta bankowego, na które ma dokonać wpłaty pożyczki. Musi to zrobić ręcznie wpisując dane do przelewu na swoim koncie bankowym. Ma on 48 godzin na dokonanie przelewu. Po wysłaniu przelewu musi on kliknąć przycisk potwierdzający wysłanie przelewu w swoim profilu na Finansowo.pl. Dzięki temu PB będzie wiedział, że przelew jest już „w drodze”. Gdy PB spłaci pożyczkę, to sytuacja się powtarza w drugą stronę. Co więcej, gdy PD otrzyma z powrotem pieniądze, to jest zobowiązany do kliknięcia odpowiedniego przycisku w swoim profilu, dzięki czemu pożyczka uzyska status spłaconej.
W praktyce oznacza to, że nie tylko PB musi rzetelnie wywiązywać się ze swoich powinności, ale PD również. Jeśli nie przeleje on w ciągu 48 godzin pieniędzy na konto PB, to ten może wystawić mu negatywny komentarz i inni PB nie będą już od takiej osoby chcieli pożyczać pieniędzy. Również jeśli po otrzymaniu pieniędzy z powrotem, PD nie zaznaczy pożyczki jako spłaconej, to PB będzie miał problem, gdyż na jego koncie pożyczka będzie widniała jako niespłacona. I to może zniechęcić PB do pożyczania od takiego PD pieniędzy w przyszłości.
Jak więc widać inwestowanie pieniędzy poprzez Finansowo wymaga więcej wysiłku, niż w przypadku Kokosa. Jednak w zamian za to inwestorzy zyskują możliwość zarabiania nawet kilkunastu procent zysku miesięcznie. Wynika to z faktu, że na Finansowo bardzo popularną praktyką jest dokładanie przez PB dodatkowego bonusu do pożyczki. Polega to na tym, że PB w opisie pożyczki, którą pragnie wziąć wpisuje np. „Oddam 110 zł”, gdy kwota pożyczki na 30 dni wynosi 100 zł. Wielu PB w ten sposób oferuje 10-12% odsetek w skali miesiąca.
reklama Inwestuj w wino online:
W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że ten dodatkowy bonus nie jest oficjalną częścią umowy pożyczki. Oficjalna część określa tylko podstawowe odsetki, które mogą wynieść do 24% w skali roku. A zatem jeśli po miesiącu PB spłaci tylko kredyt i oficjalne odsetki, ale nie zapłaci obiecanego bonusu, to z tego co się orientuję, PD nie będzie mógł się go prawnie domagać. Istnieje jednak narzędzie, dzięki któremu PB muszą w praktyce zapłacić obiecany bonus. Jest nim system komentarzy. Po otrzymaniu pożyczki z powrotem PD ma prawo wystawić PB komentarz. Jeśli PB nie zapłaci mu bonusu, to PD wystawi mu negatywny komentarz. A taki komentarz oznacza dla PB ogromny problem z otrzymaniem kolejnych pieniędzy od innych PD. Tak to przynajmniej wygląda w teorii. Ja dopiero kilka dni temu rozpocząłem inwestowanie w pożyczki na Finansowo i dlatego dopiero za jakiś czas przekonam się, czy faktycznie system komentarzy jest wystarczającą gwarancją otrzymania bonusów.
Zdarzają się również PB, którzy stosują dosyć niebezpieczną politykę. Mianowicie oficjalnie wpisują, że chcą wziąć pożyczkę na np. 100 zł, ale w opisie podają np. „Pożyczam 400 zł a oddaję 450 zł”. Ponieważ oficjalna umowa będzie zawierać informację o 100 zł udzielonej pożyczki, dlatego jeśli PB nie odda pożyczki, to PD może mieć problem z wyegzekwowaniem pozostałych 300 zł przez windykację. Domyślam się, że taka polityka PB jest podyktowana chęcią obniżenia prowizji, jaką płacą oni portalowi Finansowo – im wyższa oficjalna kwota pożyczki, tym prowizja jest większa. Oznacza to jednak, że takie osoby są gotowe oszukiwać Finansowo. Czy zatem nie jest też prawdopodobne, że mogą chcieć w przyszłości oszukać PD? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Dodatkowo podejrzewam, że taka polityka może, w przypadku wykrycia jej przez administratorów portalu Finansowo, skończyć się zablokowaniem konta takiego nieuczciwego PB. Dlatego ja zamierzam unikać PB, którzy stosują taką wątpliwą etycznie politykę.
Wspomnę jeszcze o jednej istotnej różnicy między Kokosem a Finansowo. Na Kokosie dominują pożyczki udzielane na długi okres: 6, 12 i więcej miesięcy. Tymczasem na Finansowa dużą popularnością cieszą się pożyczki krótkoterminowe do 30 dni. Ponadto wartość takich pożyczek jest wielokrotnie niższa na Finansowo – z reguły nie przekracza kilkuset złotych. Dlatego PB z reguły biorą wiele małych pożyczek w ciągu jednego miesiąca. Jest to dobra wiadomość dla PD, gdyż zapewnia większą płynność inwestycji. Praktycznie każdego dnia można zainwestować w wiele różnych pożyczek.
Zysk na poziomie 10-12% miesięcznie jest niewątpliwie bardzo atrakcyjny. Jeśli stopę zwrotu 10% lub 12% reinwestowalibyśmy przez roku, to po 12 miesiącach nasza stopa zwrotu wyniosłaby odpowiednio 214% i 290%! Trzeba jednak mieć świadomość, że tak wysoki zysk wiąże się z potencjalnie wysokim ryzykiem. Jeśli ktoś pożycza od nas pieniądze na 10-12% miesięcznie, to może to oznaczać, że po pewnym czasie osoba taka zbankrutuje pod naporem samych odsetek. Dlatego niezwykle ważną sprawą jest bardzo uważny dobór osób, którym zamierza się pożyczać pieniądze na wysoki procent. Osobiście sugeruję zwrócić uwagę na kilka elementów:
1. Cel pożyczki. Dla mnie bardziej wiarygodne są osoby, które w swoim profilu piszą, że pożyczają pieniądze na biznes. Wiem z własnego doświadczenia, że wiele firm jest w stanie osiągnąć dużą marżę zysku na sprzedaży swoich produktów, ale ma problem z płynnością, gdyż między zakupem towaru z np. hurtowni, a jego sprzedażą detaliczną upływa pewien czas. I dlatego potrzebują one dodatkowe pieniądze, aby zapewnić płynność finansową. Ponieważ mają jednak wysokie marże, więc są w stanie pokryć wysokie koszty odsetek. Z podejrzliwością za to należy, moim zdaniem, traktować osoby, które mając stałą pensję, pożyczają pieniądze na duży procent „na życie”.
2. Długość obecności na portalu. Im dana osoba jest dłużej na portalu, tym ma dłuższą historię pożyczkową i łatwiej sprawdzić jej rzetelność w spłacaniu pożyczek. W przypadku osoby, która na portalu jest od 5 miesięcy i w tym czasie wzięła 20 pożyczek, łatwiej będzie ocenić jej wypłacalność, niż w przypadku osoby, która jest tam obecna od 2 miesięcy i wzięła tylko 4 pożyczki.
3. Wartość pożyczek w poszczególnych miesiącach. Aby sprawdzić, czy dana osoba nie nakręca sobie spirali zadłużenia, warto policzyć na jaką łączną kwotę brała pożyczki w każdym z wcześniejszych miesięcy. Jeśli suma za każdy kolejny miesiąc rośnie, to jest to zły sygnał. Jeśli jednak utrzymuje się na stałym poziomie lub spada, wtedy jest to pozytywna wiadomość.
4. Stosunek spłaconych pożyczek do aktualnych pożyczek. Osoba, która do chwili obecnej pożyczyła 10 tys. złotych, a spłaciła 5 tys., jest mniej wiarygodna od osoby, która pożyczyła 10 tys., a spłaciła 9 tys.
5. Komentarze. Obowiązkowo należy sprawdzić komentarze PB i upewnić się, że wszystkie są pozytywne. Należy jednak pamiętać, że to, iż dana osoba dotychczas miała tylko pozytywne komentarze, nie gwarantuje, że w przyszłości nie podwinie się jej noga.
Jeżeli ktoś z was będzie chciał zainwestować w pożyczki na Finansowo.pl, to zalecam, aby przez kilka pierwszych miesięcy robić to przy pomocy niewielkiej kwoty. Ten czas należy poświęcić na sprawdzenie, czy przyjęta przez was strategia wyboru PB jest właściwa i nie przyniesie wam strat.
Jako ciekawostkę dodam, że niektóre osoby działają na Finansowo zarówno jako PD, jak i PB. Pożyczają od jednych, a następnie udzielają pożyczek innym.
Na koniec mam jeszcze dwie informacje. Podobnie jak w przypadku Kokosu, na Finansowo, aby móc udzielać lub brać pożyczki, należy zweryfikować swoje konto bankowe dokonując przelewu na konto Finansowo w wysokości 5 zł. Najlepiej, gdyby było to konto bankowe w mBanku. Jest to najpopularniejsze konto wśród osób działających na Finansowo, dlatego jest ono preferowane przez część PB. Wolą oni, aby PD też miał konto w mBanku, bo dzięki temu przelew dochodzi od razu, co pozwala PB szybciej otrzymać pieniądze z pożyczki oraz później dokonać jej spłaty.